"NASZE PASJE" - Kilka słów o… sztuce z orientu

Karate ćwiczę odkąd tylko pojawiła się we Frysztaku sekcja. Po wielkim zainteresowaniu nowością liczna grupa ćwiczących zaczęła się wykruszać. Zmalała do tego stopnia, że zostałam jedyną przedstawicielką kobiet w promieniu kilku (a może i kilkunastu) kilometrów.

W związku z tym postanowiłam napisać kilka słów o sztuce, o której wielu nie ma tak naprawdę bliższego pojęcia, choć – jak widać – jest ona obok nas.


Pierwsze, co sprawiło, że ćwiczę karate to unikalność tej sztuki. Przede wszystkim – ćwiczyć może każdy, nie trzeba do tego specjalnych predyspozycji. Siła, szybkość, wytrzymałość – wszystko wyrabia się z czasem systematycznego treningu. A więc jedyne co trzeba to… chcieć się ruszyć :D a efekty widać w miarę upływu czasu, zwłaszcza kiedy ktoś zechce zmierzyć się z innymi na zawodach kata i kumite. Te zawody różnią się znacząco od tych z pozostałych dyscyplin. Wymiar rywalizacji jest zupełnie inny. Ciężko jest to opisać, ale zdarza się, że rywalizuje się z kimś znajomym, kogo się lubi. A po kilkunastu wyjazdach niektórych już się zna na tzw. ‘wylot’ :D Niemniej – nie ma tu miejsca na sentymenty i każdy pokazuje się z jak najlepszej strony. Plusy zawodów są ogromne – oprócz ewentualnego zwycięstwa, podpatruje się technikę innych, lepszych, niejednokrotnie mistrzów Polski czy Europy. A prócz tego – wyjeżdża się w coraz to nowe miejsca, również za granicę. I przede wszystkim – poznaje się ludzi, którzy podążają w tym samym kierunku, by ćwiczyć i być coraz lepszym człowiekiem.

Zawody zawodami, ale do tego dochodzą również obozy. Niemal każdy ośrodek organizuje wakacyjny (niektóre również zimowy) obóz karate. Bardzo fajna rzecz, ale chyba najfajniejszą to jest coroczny Wschodnioeuropejski Obóz Karate w Krakowie. Jak nazwa wskazuje – przyjeżdżają również ćwiczący z zagranicy (no i oczywiście z całej Polski). Nie dość, że to prawdziwa ‘kopalnia wiedzy’ dla karateka, to jeszcze okazja do spotkania osób z którymi już się daaaawno nie widziało. I właśnie na tym obozie czuje się tą niesamowitą atmosferę, wręcz… rodzinną. To jest rzecz z kategorii ‘nie da się opisać, trzeba to przeżyć’ :D

Ważną rzeczą jest to, że karate ma swoją filozofię. Nie chodzi o to, żeby się ‘umieć bić’ – chodzi o to, żeby umieć obronić siebie i bliskich w razie zagrożenia. I tu maksyma: ‘Karate ni sente nashi’ – karate nigdy nie było sztuką agresji. To odróżnia od np. boksu, który żadnej filozofii ze sobą nie niesie… Karate – jak ikebana, czy sztuka parzenia herbaty – też jest japońską sztuką, a wiadomo że Japończycy w takich rzeczach zawsze zawierali jakąś naukę. I gdyby nie to – karate niczym krav maga mogłoby służyć wyłącznie do brutalnej walki. Niczemu to nie służy – człowiek ma się rozwijać. Wielu w karate odnalazło siły, poprawiło standard życia, poprawiło się również w nauce… znam takich ludzi osobiście, a i ja należę do tego grona szczęśliwców, którzy są już od karate uzależnieni.



Nie będę się rozpisywać na kilka stron, wszystko przedstawiłam w maksymalnym streszczeniu. Kto mnie dobrze zna ten wie, że mogłabym o karate mówić godzinami i że to jest częsty temat rozmów ze mną ;D Niemniej jednak – mam nadzieję, że trochę obraz karateki rozjaśniłam i że kilku osobom nie będzie się on już kojarzył jedynie z osobą krzyczącą w niebo-głosy przy łamaniu desek i to wszystko.

A ja zapraszam na wspólny trening – już od września można będzie rozpocząć nową przygodę ;) zapraszam! :)
Dodaj do Google Plus

0 - ilość komentarzy :

Prześlij komentarz