11 DNI Z COVID - "walka" Doktora z wirusem

Poniżej historia walki z wirusem, którą opisał Pan Doktor Marek Zajor. zapraszamy do lektury. O przeżyciach, przemyśleniach, wątpliwościach oraz ogromną nadzieją na lepszy czas i gorącymi życzeniami, by opisany poniżej stan nie dotknął żadnego z Was. przeczytajcie historie Pana Doktora i uważajcie na siebie. Panu Markowi życzymy szybkiego powrotu do zdrowia.

Piszę do Was w jedenastym dniu od zachorowania na COVID-19, dzisiaj już mogę pisać, zbieram powoli myśli, bo czas biegnie jakby wolniej. Wokół świat bez zapachów, bo od 4 dni straciłem węch, i to osłabienie. Po prostu totalny brak energii, mięśnie są ociężałe i tak słabe, że przemieszczanie się po domu powoduje natychmiastową konieczność położenia się. Wielkim wyczynem jest spożycie posiłku, po którym pływam w wodzie, koniecznie trzeba wziąć prysznic, a to jeszcze większe wyzwanie. Parametry fizykalne powoli wracają do normy, saturacja już nie pokazuje braku tlenu, ciśnienie i temperatura ciała już nie szybuje na szczyty Himalajów, a uciążliwy kaszel na tyle złagodniał, że pozwolił zasnąć ostatniej nocy. 

Ciągle w głowie kołacze pytanie, jak to się stało? Jak dopuściłem, by koronawirus wniknął do moich płuc? Przecież tak się chroniłem, zdobyłem skuteczne maski P-2, które używane są również w szpitalach przy bezpośrednim kontakcie z chorymi na COVID-19. Wprawdzie w moim gabinecie też było codziennie średnio po 4 osoby z objawami COV-2 i tuż przed zachorowaniem prowadziłem prawie 100 pacjentów zakażonych wirusem, z różnym nasileniem objawów. Odbywałem też wizyty domowe u chorych, ale zawsze w pełnym zabezpieczeniu. Nigdy nie ściągałem maski, tylko dwa miejsca uznawałem za bezpieczne: mój samochód i mój dom, całą resztę świata traktowałem jako jeden wielki oddział zakaźny. Miałem plan, by nie zachorować, a całą moją wiedzę wykorzystam, żeby się ochronić przed zakażeniem. Niestety mój plan legł w gruzach, a teraz ranię się o te właśnie gruzy. Dotarłem też do przyczyny, wiem już teraz, gdzie popełniłem błąd.

Błędne było założenie, że mój samochód jest bezpiecznym azylem. Otóż dokładnie tydzień przed zachorowaniem miałem awarię samochodu i postanowiłem ją usunąć na szybko, późnym wieczorem, w stacji napraw w Rzeszowie. Wtedy właśnie popełniłem błąd; nie przewietrzyłem samochodu, nie poczekałem, nie zdezynfekowałem. Padał deszcz i chciałem jak najszybciej wrócić do domu. Oczywiście prowadziłem przez godzinę bez maseczki, wszak to miał być mój bezpieczny azyl. 

Siedem dni później rozpoczął się mój największy koszmar, rozpoczęły się objawy choroby nazwanej COVID-19. Teraz właśnie wracam do dnia pierwszego, wprawdzie nie jestem pewien, ile z tego dnia pamiętam, ale wiem, że tak trudnych chwil nie przeżyłem jeszcze w moim życiu. Zaczęło się od nawału wysokiej temperatury i dreszczy, potem duszność i uczucie braku tchu. Gwałtowny kaszel nie pozwala zasnąć. Jest dopiero pierwsza noc choroby a ja już wiem, że to jest COVID. Objawy są bardzo nasilone, to nie jest przebieg skąpo objawowy, niestety to oznacza, że najgorsze dopiero przede mną. 

Wiele lat temu w górach, gdzieś na przełęczy w Peruwiańskich Andach, na wysokości ok. 5000 m n.p.m. dopadła mnie choroba górska, wtedy całą noc spędziłem bez snu przy butli z tlenem, z ciągłym uczuciem braku powietrza. Tej nocy przeżyłem podobne stany, tyle, że dziesięć razy bardziej nasilone. Czas tej nocy dłuży się w nieskończoność, nasilają się tętniące bóle głowy i wszystkich mięśni, trzeba siedzieć na łóżku, nie da się położyć, tylko saturacja spada. 

W mojej torbie lekarskiej ciągle noszę pulsoksymetr, to niewielkie urządzenie, które w metodzie podczerwieni potrafi ocenić, jaki jest procent tlenu w krwi, która przepływa w płytce pod paznokciem palca. Wykorzystujemy tą wartość, by ocenić jak funkcjonują płuca i system krążenia u człowieka. W stanach zdrowia wartość wysycenia tlenem krwi, czyli saturacja, wynosi ponad 95%. Poniżej tej wartości zaczynają się kłopoty, bo pojawia się niedotlenienie wszystkich organów naszego ciała. Tamtej nocy ciągle mam na palcu pulsoksymetr i najniższą wartość jaką zapamiętałem to 91%. W końcu pojawił się świt, jest sobota, na szczęście nie muszę iść do pracy. 

Wiem, że muszę przygotować się na najgorsze, bo im bardziej gwałtowny jest początek, tym cięższy będzie przebieg choroby. Po pierwsze muszę potwierdzić zakażenie wirusem, by być przygotowanym na szybkie leczenie COV-2, prawdopodobnie będzie to leczenie szpitalne.

Zalekowałem się jak mogłem, zorganizowałem tlen, bo jego resztki jeszcze miałem w Przychodni i udało mi się dotrzeć na pobranie wymazu do Rzeszowa. Po powrocie do domu próbuję tylko przetrwać, używam tlen i staram się trochę odespać, by tylko doczekać, aż uzyskam wynik. Przed nocą wynik potwierdza zakażenie wirusem COV-2, więc staram się przygotować do czekającej mnie ciężkiej przeprawy w ciągu najbliższych godzin. Wiem, że nie istnieje leczenie przeciwwirusowe w warunkach domowych, konsultuję mój stan z lekarzem, specjalistą chorób zakaźnych. Jesteśmy umówieni, że w sytuacji dalszego nasilenia objawów, gdy saturacja spadnie poniżej 90%, muszę znaleźć się w szpitalu, gdzie będzie podawany dożylnie lek przeciwwirusowy przez 5 dni. Oczywiście nadal będzie używany tlen o wysokich przepływach, a nawet respirator, jeśli nie będzie innego wyjścia. 

Przygotowuję więc do torby podróżnej konieczne rzeczy, dokumenty, skierowanie do szpitala i czekam na noc. Jest znowu trudno, trochę klęczę koło łóżka, trochę siedzę na łóżku, podkręcam tlen na maksymalnie możliwe przepływy i żałuję, że nie pojechałem do szpitala. Jednak saturacja najmniejsza, jaką zanotowałem, to 92%, ciągle na powierzchni, może mój organizm pokonuje jednak wirusa. Dzień trochę lepszy, ale zaczynam się bać nadchodzącej nocy, a ta noc będzie decydująca. To będzie czas przełomu, albo mój system immunologiczny pokona dzisiaj wirusa, albo znajdę się w szpitalu, obym tylko dojechał. A może już jechać? Zostaję jednak w domu, znowu jest ciężko, ale saturacja nie obniżyła się poniżej 94% i trochę spałem, może to jednak zwycięstwo nad wirusem?
 
Rano zobaczyłem za oknem parę zaprzyjaźnionych orłów, towarzyszą mi od lat na Zielonym Stoku, a dzisiaj tańczą na wietrze jakby bardziej radośnie niż zwykle. To jednak nowy dzień, ciągle w domu i po stronie życia. To, przed czym nie uchroniła mnie moja wiedza, nie ochronił mnie mój umysł, być może nadrobił mój system immunologiczny, być może pokonał wirusa. Jeszcze dwa dni jestem zagrożony powikłaniami po zakażeniu, a najgorsze byłoby śródmiąższowe zapalenie płuc. W następnym dniu straciłem węch, a jeszcze w następnym zacząłem powoli zdrowieć. W szóstym dniu rozpakowałem walizkę szpitalną i powoli zacząłem wierzyć, że wyzdrowieję. Jutro ostatni dzień mojego leczenia i izolacji, jeszcze ciągle to osłabienie, czy zdołam pójść do pracy? Nawet jeśli się zabezpieczę znów maksymalnie, by kogoś nie zarazić, to jak przetrwać w gabinecie te godziny? Może uda się przepracować jeszcze zdalnie z domu? A w sytuacji konieczności bezpośredniego badania pomogą mi koledzy z sąsiednich Przychodni Zdrowia, chociaż cztery dni…

Z ogromną nadzieją na lepszy czas i gorącymi życzeniami, by opisany powyżej stan nie dotknął żadnego z Was.


Z poważaniem
Marek Ziajor

Foto: doba.pl